| |



|
|
W dniach 1-15 września 2002 na końcu świata, a dokładniej w Hrebecniky-Slovice (nie szukajcie na mapie, szkoda Waszego czasu!) odbył się kolejny kurs języka czeskiego. Jest to dość niezwykły kurs, ponieważ Czesi uczą się tam języka polskiego bądź niemieckiego, a Polacy i Niemcy uczą się czeskiego. De facto używa się więc na co dzień trzech różnych języków. Zajęcia prowadzone są przez wykwalifikowanych lektorów, a także odbywają się w systemie tandemowym, czyli one-on-one. Ze względu na powódź w tym roku niestety nie udało się zebrać kompletu uczestników ze strony czeskiej. Mimo to uczestnicy byli więcej niż zadowoleni - wszyscy bez wyjątku stwierdzili, że chętnie pojechaliby na taki kurs raz jeszcze. Zdjęcia tutaj , a sprawozdanie autorstwa Damiana Walisko (uczestnika tego kursu) poniżej.
na górę
Jak to zwykle w życiu bywa wszystko zaczęło się przypadkiem. Żeby nie zanudzać historyjkami typu - "jak do tego doszło", powiem tylko, że stowarzyszenie GFPS - Polska umożliwiało wyjazd na kurs języka czeskiego.
Szybko więc wypełniłem formularz zgłoszeniowy, napisałem list motywacyjny i wysłałem to wszystko pocztą. Później nastąpił czas oczekiwania. Po trzech miesiącach przyszła wiadomość - "jesteś na liście rezerwowej". No cóż, powiedziałem sobie, pewnie nic z tego, bo kto by zrezygnował z takiej atrakcji - "dwutygodniowy kurs językowy z pełnym wyżywieniem i różnymi atrakcjami za jedyne 350 zł." Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku tygodniach w mojej skrzynce internetowej pojawił się e-mail, który zawierał zaproszenie na kurs. No cóż - powiedziałem sobie - jeśli zapraszają to trzeba jechać.
Moja przygoda z kursem języka czeskiego rozpoczęła się 1 września we Wrocławiu, gdzie miało miejsce spotkanie uczestników z polskim organizatorem. Bardzo szybko i w miłej atmosferze minęła podróż pociągami i autobusami z Wrocławia do malutkich Šlovic (wioseczka na zachód od Pragi).
Na miejscu nastąpiło spotkanie uczestników kursu z Polski, Czech i Niemiec. Chyba zapomniałem na początku powiedzieć, że Polacy i Niemcy przyjechali się uczyć języka czeskiego, natomiast Czesi mieli poznawać języki Polaków i Niemców - czyli taki mały trójkącik. Wszyscy zostaliśmy zakwaterowani w pensjonacie, który należał do typowego Czecha - brzuchatego piwosza o rubasznym humorze. Dbał on o to byśmy się u niego nie nudzili i odpowiednio nas odżywiał. Zresztą sam pensjonacik tez był niczego sobie - basen (malutki bo malutki ale za to ze zjeżdżalnią), bilard (czeski kulecznik), stół do tenisa, flipery, boisko do siatkówki, rowery (chociaż nie były to "górale" jednak swoje przejeździły), no i przede wszystkim piaskownica (najczęstsze miejsce spotkań i ważnych dyskusji). Poza tym był on położony w uroczej okolicy - dolinie rzeki Berounki. Rzeka ta jednak podczas niedawnej powodzi zalała wiele miejsc, o czym można było się niestety przekonać naocznie.
Przechodząc jednak do meritum, czyli jak uczyliśmy się języka czeskiego.
Zajęcia odbywały się tylko od pondjeli...hmm znaczy poniedziałku do piątku.
Soboty i niedziele przeznaczone były na inne atrakcje - o których troszkę później. W sumie zajęcia trwały około 4,5 godziny dziennie. Po śniadaniu, które zaczynało się o nieludzkiej wręcz porze czyli 9.00 (z tego powodu niektórym osobom zdarzało się przychodzić na zajęcia o pustym żołądku), rozpoczynały się półtoragodzinne zajęcia prowadzone przez czeską nauczycielkę. Po obiedzie znów ta sama dawka czeskiego, a popołudniami miały się odbywać zajęcia tandemowe, czyli 1 Polak - 1 Czech. Jednak ten punkt zajęć musiał ulec lekkiej modyfikacji, ponieważ Czechów było trochę mniej. Wpływ na niższą frekwencję miała owa powódź "stulecia", która paręnaście dni wcześniej nawiedziła Czechy. Trzeba mieć jednak nadzieję, że pojawianie się takich kataklizmów nie stanie się w Czechach regułą i przyszłych zajęć nie zdoła już nic zakłócić. Zajęcia odbywały się więc w kilku wymieszanych grupkach - co też okazało się nie najgorszym rozwiązaniem. Na nudę podczas zajęć nie można było narzekać. Nieodłącznym elementem zajęć był magnetofon. W ten sposób niektórzy stali się fanami czeskiej muzyki. I może bardziej Jarka Nohavicy niż Karla Boga....o przepraszam - oczywiście Gotta, ale wszystko jest kwestią gustu, jak mawiał.......ktoś tak mawiał. Jako że poziom znajomości języka czeskiego był wśród uczestników bardzo zróżnicowany, dlatego też zajęcia odbywały się w trzech grupach "zaawansowania". Jedni więc uczyli się liczyć czy obsługiwać hodinky, czyli zegarek. Natomiast inni poznawali zwyczaje strusi, czyli jak "šel pštros s pštrosici pštrosí ulicí" albo tematykę lekarską w stylu "Štrč prst skrz krk" czyli jak wetknąć palec do gardła. Gramatyki było mniej więcej tyle co konwersacji, jednak tę drugą można było trenować do bólu po zajęciach. No i bardzo często człowiek mógł się dowiedzieć wielu potrzebnych słów, o które na zajęciach raczej nie wypadało się pytać.
Po zajęciach czas także upływał w przyjemnej atmosferze. Siatkówka, basen, przejażdżki rowerowe czy piesze wędrówki po uroczej okolicy. Oprócz tego ogniska z grillowaniem, gry, czy nawet kurs tańca. Wieczorami odbywały się m. in. ......wieczorki narodowe - każdy chciał pokazać to co jego kraj ma najlepszego - były więc piosenki, gry, quizy czy narodowe napoje.
Nie zabrakło też dyskotek, które czasami przybierały różny charakter. Raz była to zabawa a la lata 60., innym znów razem Vampir Party - oczywiście w odpowiednich przebraniach. Nie zabrakło też dyskusji barowych przy czeskim piwie. Niestety dużej publiczności nie zgromadziły filmy. A było co oglądać - "Tmavomodrý svět", "Rebelové" czy "Lola rennt". Polskiego filmu nie było, więc chyba Czesi i Niemcy pomyśleli, że u nas nic się nie kręci. Zabawa trwała do późnych godzin, stąd też brały się narzekania na wczesną pore śniadania.
Wracając do wspomnianych na początku atrakcji sobotnio - niedzielnych. Było nam dane odwiedzić jeden z najbardziej znanych czeskich zamków - obok Hradczan i Czeskiego Krumlova - Karlštejn. Uroki tego pięknego zamku, siedziby jednego z najważniejszych władców Czech - Karola IV, można podziwiać na zdjęciach. Oprócz tego udało nam się też zobaczyć Koněpruske jeskyně z ciekawą szatą naciekową oraz kościół św. Jana pod Skałą z jaskinią św. Iwana. Niektórzy uczestnicy kursu dotarli tez do innego słynnego zamku. Był to Křivoklát, który dla odmiany upodobał sobie syn Karola IV - Wacław IV. Kto był w tych miejscach przyzna, że warto je zobaczyc, kto nie był, powinien wstąpić tam choć na chwilkę - bo naprawdę warto. Niestety nie wszystkie zapowiedziane atrakcje doszły do skutku. Planowany spływ kajakami, na który wielu ostrzyło sobie zęby, z wiadomych powodów nie mógł się odbyć. Berounka jeszcze nie wróciła do właściwego stanu, o czym można było się przekonac próbująć przemieszczać się wzdłuż jej brzegów.
Niestety jak to w życiu bywa, dwa tygodnie szybko minęły i nadszedł czas wyjazdu. Szkoda, że trwało to tylko dwa tygodnie. Myslę, że jeszcze jeden tydzień byłby dobrym rozwiązaniem dla lepszego poznania języka i zawarcia ściślejszych kontaktów, ale cóż poradzić. W dniu wyjazdu wszyscy planowali już jakieś przyszłe spotkanko w kursowym składzie. Jak na razie na planach się skończyło, ale może kiedyś..... W każdym razie kontakt z Czechami i nie tylko z nimi nie urwał się, i chociaż ma on głównie formę emailową, jednak dzięki temu język nie poszedł w odstawkę. Myślę, ze w przyszłości nadarzy się jeszcze niejedna okazja by odwiedzić kraj naszych południowych sąsiadów, a wtedy nie trzeba będzie się obawiać sytuacji określanej u nas jako "czeski film". Po prostu teraz człowiek rozumie już mniej więcej co też te Pepiczki mówią.
Oj, chciałoby się pojechać na kurs jeszcze raz.......
na górę
|
|