Tandemowy kurs języka niemieckiego i polskiego '2003

Był to rok zwykły jak każdy, na niebie nie było żadnych znaków, ptaki latały dalej sobie znanym sposobem, a żniwa zaczęły się w lato, tak jak w każde inne. Najstarsi górale nie wypowiadali się na temat przyszłych wydarzeń, wróżki nie wywróżyły nic nie zwykłego. Nic nie zapowiadało tego, co się stało. A jednak. Co więcej - wcale nie było chaosu na początku, jak chcieliby co niektórzy. Na początku było przerażenie. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe sytuacje. Ale po kolei.

Podróż była mecząca i wbrew temu, co było napisane w liście od organizatorów, wcale nie upływała na ciągłym śmiechu, co więcej miałem wrażenie, że zapomniałem spakować dobry humor. Gdy już dojechałem na miejsce, nieco zmęczony i skołowany, trwożliwymi oczami rozejrzałem się po okolicy. Widok był piękny, mnóstwo zieleni, pasące się krówki, w tle ciemniejszy odcień - to las. Ośrodek był cudny,a na podwórku stało już parę osób. Stało się to, czego się obawiałem. Przyjechałem jako jeden z ostatnich, większość już przybyła,a więc nie było zbyt wiele czasu,aby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Pokoje były już rozdzielone. Zostałem poinformowany, dokąd mam się udać. Zgrabnym acz szerokim łukiem ominąłem pewną grupkę ludzi wydającą się nie być z mojej strony Odry, na konfrontacje z językiem niemieckim nie miałem jeszcze ochoty, udało mi się ową konfrontację przesunąć o jakieś trzy minuty. Gdy trafiłem już do swojego pokoju z wielką radością stwierdziłem, że jest już moich dwóch współlokatorów, mowiących językiem Goethego, ale pragnących uczyć się języka Mickiewicza, a więc na początku "Hallo", potem "Ich haisse", potem "ich komme aus.." i od słowa do słowa (koniugacja i deklinacja niemiecka w tym momencie nie istniała, przynajmniej jej reguły nie mogły być dostrzegalne w mojej wypowiedzi). Ustaliliśmy, że idziemy popływać. Przyznaje się, Gregor i Janosch nie miałem wtedy najmniejszej ochoty na pływanie,ale postanowiłem,

że będzie to moja ofiara na ołtarzu wspólnej integracji. Dalej wieczór płynął już szybko. Zabawy integracyjne. Pierwsza noc, rano pobudka na śniadanie . Przez najbliższy miesiąc ta oto czterdziestka ludzi będzie moją rodziną, przyjaciółmi, będę się z nimi bawić, a co niektórzy będą mnie nawet uczyć. Zaczęło się na dobre.

Test kwalifikacyjny i jestem już w swojej grupie. Dzień ma swój plan, acz zgrzeszyłbym bardzo, gdybym powiedział, że jest to schemat. Otóż wszystko można o tych dniach powiedzieć, tylko nie to, że schematyczne. Owszem posiłki o stałej porze, ale pomiędzy nimi i zajęciami pozostawało mnóstwo czasu na przednią zabawę. A więc kajaki, rowery, wpław na drugi brzeg. Ale zaraz, zaraz. Myliłbyś się bardzo mój drogi czytelniku, gdybyś myślał, że kurs tandemowy języka niemieckiego to tylko zabawa, jest to przede wszystkim nauka połączona z zabawą, coś co wielu nieskutecznie próbowało połączyć, a co tutaj na tym kursie udało się w pełni. Czyli rano - regularne zajęcia, fonetyka, gramatyka, stylistyka, słownictwo itd. A popołudniu - tandem. Tandem? Słowo powszechnie znane, acz wszyscy z zaciekawieniem wyczekiwali chwili, kiedy ów tandem zaistnieje. Tandem będzie w większych grupach - ktoś twierdził, ktoś inny ripostował, że to byłoby bez sensu. Ogólnie każdy czegoś się spodziewał, ale nikt niczego dokładnie nie wiedział. Wyjaśniło się już w pierwszy poniedziałek. Otóż tandem odbywa się owszem w grupach, ale dwuosobowych. Jest to logiczne. Losujesz los i szukasz drugiej osoby z tym samym losem, jest to zawsze twój kumpel/kumpela z Niemiec. Macie temat rozmowy i rozmawiacie, przepisowo półtorej godziny, z praktyki wiem, że dłużej. Jak potoczy się rozmowa, to oczywiście zależy od dnia i od sytuacji, ale przede wszystkim od Ciebie. Połowa czasu po polsku, połowa czasu po niemiecku. Faktem jest, że sprawia to wiele frajdy, możesz wiele się dowiedzieć i być dobrym źródłem informacji dla swojego rozmówcy. A tematy są przeróżne od klasycznych narodowych stereotypów, poprzez przysłowia, podział ról w niemieckiej i polskiej rodzinie aż po tematy tabu i politykę. Niczego się nie da ukryć, zagadniętym można być o wszystko, o wszystko można też zapytać. Słowem - inetelektualna zabawa, niczym nieograniczona, co najwyżej umiejętnościami językowymi.

Dni płynęły spokojnie, a to dzień sportu, pokaz capoeiry, wyprawa do Olsztyna, Świętej Lipki czy Wilczego Szańca. Ogniska. Swoją drogą nie wiedziałem, że język niemiecki jest tak melodyjny. Raczej widziałem go jako mowę techników czy filozofów, a więc precyzyjną acz mało romantyczną. Piosenka po niemiecku - do tej pory kojarzyłem ją raczej z ostrym metalem bądź z ubogim w wokal techno. A jednak. Atmosfera przy ognisku przy delikatnych niemieckich piosenkach biesiadnych/harcerskich czy po prostu takich, które każdy zna i śpiewa, oraz polskich melodiach (nieśmiertelna "Ukraina", którą po paru dniach znali już wszyscy bez wyjątku na narodowść) była cudowna, pełna zadumy, refleksji, ale i śmiechu oraz wspólnej zabawy.

Nagle gruchnęło. Gruchnęło może nie, acz o pomyśle zostaliśmy poinformowani nagle. Wieczór poetycki. Każdy coś wystawia. Każdy? Owszem, bez wyjątku - zawyrokował Kuba organizator. Bardzo lubię scenę, przede wszystkim wtedy kiedy obserwuję ją z bezpiecznego dystansu widza i wiem, że nie będę musiał się na niej pojawiać. Ten wieczór był jednak wyjątkowy.Okazało się,że w każdym drzemie talent artystyczny, trzeba go tylko wydobyć, prośbą, groźbą czy czymkolwiek innym. Mam strategię - trzeba być jak najkrócej na scenie, taktyka jest już prosta - trzeba znaleźć jak najkrótszy wiersz. Aha i jeszcze jedno - Polacy obowiązkowo prezentują po niemiecku, Niemcy po polsku. Znalazłem już parę wierszy, zadowolony z siebie przystąpiłem do nauki. Jednak koncepcja uległa wkrótce zmianie. Piszemy coś swojego, obowiązkowo w dwóch językach, jest nas kilkoro, ja, Tomek, Jan, Corina, Nora i Krzysiek. Nie odpuścimy organizatorom! Każdy z nich usłyszy coś o sobie ...miłego. W końcu jesteśmy już parę ładnych dni i zdążyliśmy ich pokochać. Zresztą jak nie kochać kogoś, kto cały rok myślał za ciebie, jak spędzisz wakacje, no i że będą to najcudowniejsze wakacje w twoim życiu. Nie minęło wiele czasu i jest jeszcze tego samego wieczora - "Unwort von Rodowo", wyszukane rytmy, głęboka treść, zachowana dwujęzyczność. Słowem - poemat, jakiego jeszcze nikt nie napisał. Skończone? Jeszcze nie. Obudziła się we mnie ambicja sceniczna. Został jeszcze cały następny dzień. A więc - piosenka. Jest nas trzech - ja, Zbyszek i Tomek. Pozostał jeszcze wybór piosenki. Znaleźliśmy. Porażająca treść - "Wo ist die Kokosnuss?". To coś dobrego - odwieczny problem sharmonizowania nieograniczonych potrzeb konsumpcyjnych z ograniczonością zasobów zaklęty w proste słowa powszechnie znanej niemieckiej piosenki. Treść pokazuje jak stado małp dochodzi do tego, kto ukradł kokosy ("Wo is die Kokosnuss? Wo is die Kokosnuss? Wer hat die Kokosnuss geklaut?" - Te niepokojące pytania przewijająy się przez cały tekst). Prawdę mówiąc śpiewać potrafi tylko Zbyszek, on gra także na gitarze. Ja śpiewam cicho, żeby nikt mnie nie słyszał. Tomek powinnien śpiewać cicho, ale nie potrafi. Po wielu próbach doszliśmy do wniosku, trzeba dokoptować kogos, kto to umie, a więc Corina i Nora. Dalej poszło jak spłatka. No i jeszcze choreografia, z tym poszło łatwiej.

Co to jest poezja? Okazało się, że jej rozumienie jest szczególnie szerokie między tandemowiczami. Poezję można zaśpiewać (Peter z piosenką Ewy Demarczyk "Jaki śmieszny")... zatańczyć, pląsając hip-hop w rytm indyjskiej muzyki (znakomity Jan, prawdopodobnie wschodząca gwiazda hanowerskiej sceny hip-hopu), melorecytować (Krzysiek i jego nowa wersja Schillera). Poezją jest także kabaret "Zielona Gęś" (objawiły się talenty aktorskie - Janosch i Anna), oczywiście nasz "Unwort von Rodowo", konurencyjna piosenka "Moje Rodowo", nasze "Wo ist die Kokosnuss?". Niektórzy poszli dalej i sięgnęli do klasyki - "Murzynek Bambo" i Cosimo. Słowem wieczór pełen wrażen, na scenie huragan uczuć, wśród publiczności piekło oczekiwania.

Część polska kursu minęła, dwa tygodnie w GFPS, czyli tam Gdzie Fajna Pogoda i Słońce mamy już za sobą. Po kilkunastogodzinnej podróży autobusem jesteśmy w Niemczech. Odtąd mieszkamy w Oberau, małej malowniczej miejscowości w Saksonii, nieopodal Drezna i Lipska. Nasze pokoje znajdują się naprzeciw reastaurowanego zameczku z XV wieku. Nieco zmęczeni podróżą rozglądamy się po okolicy. Zostaliśmy przywitani przez burmistrza, który pokrótce opowiedział o miejscu, w którym się znajdujemy. Z racji tego, że zrobił to po saksońsku, zrozumiałem niewiele, ale przypuszczam, że cieszył się z widoku tak licznie przybyłych turystów i witał nas bardzo serdecznie. Aklimatyzacja w nowym miejscu przebiegała dosyć szybko. W końcu teraz tylko nowe miejsca i sytuacje, ludzie ci sami. Aha doszły nowe obowiązki. W Oberau musimy gotować własnymi siłami. Wszyscy nieco przestraszeni. Ciekawe co z tego wyjdzie. Pierwszy dzień żywienia wzmógł nieco obawy, potem poszło już łatwiej i przyjemniej. Codziennie nowe przysmaki, często z różnych części Europy. Zwiedzamy nieco okolicy, a więc Miśnia, miejsce gdzie powstaje znana na świecie porcelana,z czasem będziemy w Lipsku, miejscu pochówku Bacha i w Dreźnie.

W Miśni świętujemy razem z mieszkańcami odnowienie miasta po powodzi, która była tutaj rok temu, a teraz nie ma po niej żadnego śladu.

W każdym jest pewna cząstka zła, nie można tego ciągle ukrywać, postanowiliśmy, że ten mroczny pierwiastek z każdego z nas ujrzy światło dzienne a raczej światło księżyca - jest sobota,gdy okoliczne czarownice mają swój sabat, my organizujemy bal wampirów. Fantazyjne przebrania zmienjają nas do nie do poznania (swoją drogą mam słabość do kobiet w mrocznym makijażu,a tej nocy jest takich sporo). Zbieramy się na poddaszu starej stodoły. Zabawa odbywa się w konwencji gry RPG, każdy otrzymuje postać, którą odgrywa. Są wampiry pożerający ludzi, łowcy wampirów oraz ludzie likwidujący tych łowców. Otrzymałem karteczkę, jestem wampirem. Moim zadaniem jest ustalić tożsamość rozmówcy, a następnie wyprowadzić go na zewnątrz, gdzie jeśli moje podejrzenia się potwierdzą i jest to człowiek, ów gracz ginie decyzją komisji znajdującej się w innej sali i tam pozostaje, a ja powracam na bal. W innym przypadku wracamy obaj. Strategia? Jak najdłużej przy życiu i jak najdłużej na sali. Taktyka - nie wdawać się w rozmowy, niech się reszta wybija. Zgrabnymi wampirzymi ruchami omijam wszystkich, którzy chcieliby do mnie zagadać, chłeptam ludzką krew (poncz) i zajadam się chipsami (przypuszczam, że z ludzkich szczątków). Przypadkiem i przez niezrozumienie dogaduje się z łowcami wampirów, mówię im, że jestem jednym z nich. Kamuflaż nie wytrzymuje próby czasu, ginę (po zabiciu kilku) i ja. Wkrótce werdykt - wygrali łowcy wampirów. Potem bal prawie do samego rana, tuż przed samym świtem czmyha reszta wampirów, żeby nie zamienić się w pył z pierwszym promieniem słońca.

Kolejnego dnia zadanie o wiele poważniejsze - wybory partyjne. Już od paru dni trwa bezpardonowa walka wyborcza. Jest sześć partii. Zbliża się wyborcze popołudnie. Numer pierwszy ma Partia Ogórkowa, liczy wyraźnie, że to warzywo jej pomoże. Program koncetruje się wokół ogórka, zgrabne hostessy rozdzają ogórki wśród publiczności, zostaje odśpiewana piosenka wyborcza - "Ogórkowe pole", główny postulat - zupa ogórkowa na co dzień. Chwilę potem pręży się już następna partia - PDP, Pro Disco Polo. Liderzy partyjni puszczają się w tan z publicznością, w rytm znanych szlegierów disco polo wygłaszają swoje postulaty, wielbiące ten typ muzyki. Już wkrótce znikają ze sceny i pojawia się WTO - Welt Tandem Organisation. Postulat - standemizować świat, na pierwszy ogień - Polska i Niemcy, w strojach w kolorach flag Niemiec i Polski głoszą hasło tandemu dla wszystkich i połączenie niemieckiej precyzji z polską fantazją. Zaraz potem La Familia, połączenie polsko-niemiecko-włoskiego ducha. Organizacja, która zapowiada szczególną sprawiedliwość sądów dla członków swojej rodziny. Pojawiają się nowe zgrabne hostessy, rozdają gumisie i częstują winem. LA Familia schodzi i pojawia się Nic Nowego. Głosi hasło wybudowania Oberowa (Rodowa+Oberau), złotówkami będziemy płacić za piwo, stanowcze nie dla komarów, których tutaj nie brakuje. Popołudnie wyborcze zamyka "Wyzwolony Zamek", głoszą hasła radykalnej przebudowy społeczności tandemowej, przeciwstawiają się eksploatacji, domagają się więcej wolnego czasu. To oni wygrywają wybory, uzyskany wynik sprawia, że mogą swobodnie rządzić bez koalicjanta. Ich wygrana niechybnie wskazuje na radykalizację nastrojów wśród tandemowiczów.

Czas płynął swoją koleją i coraz więcej osób czuło, że już wkrótce trzeba będzie wracać do domu. Uczucia były mieszane, z jednej strony tęsknota za domem, z drugiej obawa przed rozłąką z tandemowiczami. Ale jeszcze się nie skończyło. Pewnego wieczora udaliśmy się na degustację wina do okolicznej winnicy. Winnice w Saksonii stanowią znikomy procent wszystkich winnic w Niemczech, ale i tutejsze wina cieszą się należną im popularnością. Wprawdzie słyszałem stwierdzenie, że nie powinno się kupować czerwonych win z północnych winnic, to jednak i one smakują tutaj nieźle (acz znawcą wina nie jestem i głowy nie dam, który rocznik lepszy). Jedno wiem i saksońskie potrafi w głowie zaszumieć.Osobiście najlepiej smakowało mi białe, wytrawne, a i sceneria, w której delektowaliśmy się winem, nie pozostawała bez wpływu na smak tego szlachetnego trunku. Słońce miało się już ku zachodowi i leniwym blaskiem oświetlało winnice rozpościerającą się wokół nas, w tle dobrze widoczna Miśnia. W ręku lampka wina, w głowie gonitwa myśli i wspomnień z dni, które mamy już za sobą. Po zapadnięciu zmroku powoli wracamy do Oberau..

Stało się. Nic nie trwa wiecznie. Coś się kończy,coś zaczyna. Ostatni dzień w Oberau. Ostatni dzień i noc wakacji życia. Język niemiecki po miesiącu nauki gruntownie powtórzony. Wszystko wydaje się bardziej proste i przejrzyste. Przez cały dzień trwa gorączkowe pisanie ... komplementów. W jednej z sal stoi skrzynia, a do niej można wrzucać anonimowe komplementy, oczywiście z konkretnym adresatem. Zostaną rozdane wieczorem.Co jakis czas ktoś udaję się do skrzynki, rzuca tajemnicze spojrzenie na ludzi wokół, wrzuca liściki i zadowolony z siebie idzie pisać następne. Czas upływa na rozmowach i oczekiwaniu wieczora. Wieczorem mały bankiet, na stole wykwintne potrawy, słychać dźwięk szkła przy wznoszeniu toastu, potem rozdanie świadectw uczestnictwa w kursie i pokaz artystyczny. Tym razem zaprezentowali się głównie organizatorzy i nauczycielki. W niejednym oku kręci się już łza. Publiczność nagradza wszystkie występy oklaskami na stojąco, na koniec najbardziej burzliwe brawa dla organizatorów, brawa za rok trudu i poświęceń, za zorganizowanie wszystkiego od podstaw, za miesiąc męczenia się z nami (dzień wcześniej wybrano już organizatorów następnego kursu tandemowego - są nimi Zbyszek, Tomek, Corina, Anne i Peter). Następnie rozdawanie komplementów, każdy chwyta liściki, których jest adresatem, zaszywa się gdzieś, by przeczytać je wszystkie z wypiekami na twarzy. Potem już zabawa do białego rana. Niektórzy nie schodzą w ogóle z parkietu, inni toczą ostatnie rozmowy w kuchni, na korytarzu. Jutro o tej porze wszystko będzie tylko wspomnieniem.

Ostatniej nocy spałem tylko pół godziny. Pakowałem się w przerwie między jadnym tańcem a drugim. Rano jeszcze pożegnalne śniadanie. Odjeżdżają już niemal wszyscy Polacy. Ostatnie zdjęcie na tle zamku. Spóźnialscy wybiegają do niego w piżamie. Czas się żegnać. Niektórzy już płaczą, niektórzy zaczną, jeśli będzie to trwało tak długo. Ostatnie spojrzenie na zamek, na ludzi. Odwracam się i idę z innymi na dworzec.
Mamy swoje adresy, utrzymujemy kontakt przez maila. Planujemy wspólnego sylwestra. Czy się uda? Musi...

Marek Błaszczyk (uczestnik tandemu)


 
   
Strona najlepiej wygląda w MS Internet Explorer (wersja 4.0 i nowsze), w 16-bitowej palecie kolorów oraz
rozdzielczości 1024x768. Proszę o wszelkie komentarze i uwagi.