|
Szanowni Państwo, |
|
moim pragnieniem jest, aby dzisiejszy potrójny (!) jubileusz - 25-lecia
istnienia GFPS e.V., 15-lecia aktywności GFPS-Polska oraz dziesiąte
„urodziny” GPFS-Czechy, odbył się w duchu spotkania. Pojęciu
spotkania więc, zgodnie z dzisiejszą okazją, chciałbym też poświęcić
moje wystąpienie. |
|
|
|
„Każde prawdziwe życie jest spotkaniem” pisze filozof Martin Buber w
rozprawie „Ja i ty”. Tym bardziej zadziwia mnie czasami, jak rzadko
słowo "spotkanie" pojawia się w codziennym języku. A kiedy jest
już używane, nieświadomie zatraca swój prawdziwy, głęboki sens. |
|
|
|
Być może jednak nie powinienem być zaskoczony tym, że nasza nowoczesna
kultura, kultura odwracania wzroku, pozostawia niewiele miejsca na
prawdziwe spotkania. Odwracanie wzroku oznacza tu przede wszystkim
niechęć do zainteresowania się sprawami innych, zaniechanie trudu ich
zrozumienia, poznawania odmiennych punktów widzenia oraz wymiany myśli i
opinii. |
|
|
|
„Najłatwiej spotykać ludzi, którym chce się zejść z drogi“ powiedział
kiedyś niemiecki pisarz Lothar Schmidt. Rzeczywiście, spotkanie we
właściwym tego słowa znaczeniu często nie jest proste. Wymaga
zaangażowania. Poznawanie musi być poprzedzone przez zainteresowanie. A
konstruktywna wymiana zdań nie może się odbyć bez przynajmniej
minimalnego wysiłku intelektualnego i odrobiny zrozumienia lub też
gotowości do akceptacji „obcych” punktów widzenia, obyczajów i poglądów.
Słowo „obcy” umieszczam tu świadomie w cudzysłowie, bo w końcu celem i
drogą do sukcesu każdego spotkania jest właśnie to, by to co obce,
nieznane, może nawet wzbudzające strach, uczynić bliskim i znanym. |
|
|
|
Nie oznacza to koniecznie, że spotkania zawsze muszą prowadzić do
konsensusu, ani tym bardziej do przekonania drugiej strony do własnego
stanowiska. Spotkanie tworzy na razie podstawę, pewną przestrzeń, okazję
do wzajemnej prezentacji. Do dyskusji, lub lepiej - do dialogu.
Spotkanie jest zatem rozmową, w której ważne – bardzo ważne! – jest
słuchanie. Finał tej rozmowy może być oczywiście różny, nie musi się ona
zawsze kończyć wzajemną zgodnością. Nie ma jednak nic gorszego niż
unikanie spotkań i zastyganie w niewzruszonej, niebezpiecznej,
aczkolwiek niestety dla wielu wygodnej niewiedzy na temat drugiej
strony. |
|
|
|
Jednym z doświadczeń, które najbardziej ukształtowały moje życie, był
mój pobyt jako profesora na trzech bawarskich uniwersytetach: w
Monachium, w Eichstätt i w Augsburgu w latach 1983-1990. W tym okresie
nawiązałem bowiem niezliczone osobiste, prywatne i zawodowe kontakty,
które ukształtowały moje późniejsze życie i kształtują je do dziś. Ale
ważne było także coś innego – po raz pierwszy miałem codziennie do
czynienia z niemieckimi studentami, z tysiącami młodych ludzi,
przeważnie urodzonymi po roku 1960. A więc z pokoleniem wnuków aktywnych
uczestników i świadków drugiej wojny światowej. Okazało się, co najpierw
było dla mnie zaskakujące, że ci młodzi ludzie, inteligentni, już w
pewnym stopniu wykształceni i zainteresowani światem studenci
politologii, posiadali jedynie fragmentaryczną lub nawet żadną wiedzę na
temat Polski i ogólnej sytuacji po drugiej stronie żelaznej kurtyny.
Skąd mieliby ją mieć? Dla przeważającej większości z nich byłem
pierwszym w życiu Polakiem, pierwszym człowiekiem „stamtąd”, którego
spotkali. Byłem jak „obcy” z jakiegoś odciętego świata - świata, który
na mapie Europy leży wprawdzie blisko, ale w rzeczywistości jest trudno
dostępny i niepojęty niczym jakaś egzotyczna cywilizacja po drugiej
stronie kuli ziemskiej. |
|
|
|
Pomału znaleźliśmy jednak wspólny język. Zainteresowanie uczestników
moim seminarium wzrosło do tego stopnia, że czasami, z powodu dużej
liczby chętnych, musiałem prowadzić wykłady w dwóch równoległych
grupach. Wielu studentów pisało u mnie prace dyplomowe, niektórzy z nich
nawet o Polsce. Często wspominam pewną anegdotę z tych czasów, która
ilustruje nasze wzajemne „odkrywanie” i zbliżanie się. Kiedyś w sali
wykładowej stwierdziłem, że Polacy nie maja żadnych uprzedzeń wobec
Niemców jako takich, co najwyżej wobec Prusaków. Na to moi bawarscy
studenci odpowiedzieli „My też!”. Dzięki temu zniknęła ostatnia ostrożna
powściągliwość między nami. Dziś w zjednoczonej Europie tego typu
spotkania z prawdziwego zdarzenia mogą wydawać się codzienne. Wtedy
takie kontakty przełamywały lody i miały charakter przełomowy. |
|
|
|
Często nie potrzeba jednak żadnej "żelaznej kurtyny" ani Muru
Berlińskiego aby udaremniać spotkania między ludźmi. Często wystarczają
inne mury albo po prostu brak dobrej woli aby ludzie, którzy żyją obok
siebie, trzymali się razem. Przed drugą Wojną Światową Polacy i Żydzi
mieszkali setki lat na tej samej ziemi. Wspólnota żydowska wyróżniała
się jednak – oprócz odrębnej kultury - także specyficznym przywiązaniem
do tradycji, a odrzucając tendencje asymilacyjne, uznawała swoją
wyjątkową tożsamość jako wartość nadrzędną, której była wierna. Wcale
niemała grupa ortodoksyjnych Żydów popierała nawet całkowitą izolację od
nieżydowskiego otoczenia. Także Polakom, którzy w codziennym życiu mieli
szerokie kontakty z Żydami, wcale niespecjalnie spieszyło się do
usunięcia tej bariery obcości. Obie strony wolały pielęgnować poczucie
wyższości wobec siebie nawzajem. |
|
|
|
Ta sytuacja – brak prawdziwych spotkań i woli wzajemnego zrozumienia –
była oczywiście świetną pożywką dla ksenofobii i stereotypów. Najgorsze
powstają bowiem wtedy, gdy przedstawiciele różnych grup mają ze sobą
mało kontaktu: kontaktu w sensie prawdziwego dialogu. Kiedy nie dochodzi
do dyskusji o historii, kiedy nie podejmuje się żadnych prób pojednania
czy zbliżenia. Wtedy także powracają i ugruntowują się w kolejnych
pokoleniach resentymenty historyczne. |
|
|
|
Niedawno, w Akademii Katolickiej w Hamburgu, zostałem zaproszony do
dyskusji z ówczesnym szefem Parlamentu Europejskiego, Prof. Hans-Gert
Pötteringiem, do dyskusji na temat przeszłości i przyszłości Europy.
Moje wypowiedzi dotyczyły przy tej okazji właśnie szczególnego rodzaju
sytuacji fundamentalnej dla stosunków międzyludzkich, ale przede
wszystkim międzynarodowych (w tym wypadku polsko-niemieckich), a
mianowicie sytuacji spotkania różnych historycznych punktów widzenia.
Jest całkowicie zrozumiałe, że ludzie poprzez różne osobiste
doświadczanie historii wypracowywali także różne wersje dziejów. To
częste także w przypadku traum takich jak wojna czy totalitaryzm. Cała
historia powojennej Europy jest naznaczona takim mentalnościowym
odpowiednikiem Żelaznej Kurtyny. Problemem nie jest jednak odmienna
interpretacja historii jako taka, ale że zbyt mało podejmuje się działań
aby te różne perspektywy historyczne ze sobą skonfrontować i sprawić aby
były dla obu stron zrozumiałe. Aby przy tej okazji także nauczyć się
czegoś od siebie nawzajem. Bo historia ma w sobie ogromny potencjał do
bycia platformą dla spotkań i dyskusji. |
|
|
|
Wielu konfliktom można byłoby zapobiec doprowadzając konsekwentnie do
spotkań. Bo spotkania, jak już wspomniałem, są wyrazem dobrej woli.
Wymagają zaangażowania i gotowości do rozmowy. Czasem wymagają też
odwagi aby zmierzyć się z obiegowymi opiniami czy powszechnie
powielanymi objawami ignorancji. O ileż prościej jest pozostać przy tych
utrwalonych obrazach i znajomych przejawach wrogości niż próbować je
przezwyciężyć. Mówiąc bez ogródek: spotkania nie dochodzą często do
skutku przez najzwyklejsze duchowe i moralne lenistwo. |
|
|
|
Do osobistej konfrontacji nie dochodzi też często z powodów
ideologicznych. To zaniechanie prowadzi do konstruowania sztucznych
objawów wrogości i wzmagania już istniejących przejawów nietolerancji.
A kto boi się wyimaginowanego wroga, ten jest bardziej podatny na
populistyczne hasła. Krótko mówiąc: łatwiej nim manipulować i przez
to nim zawładnąć. Nie bez powodu dyktatury totalitarne posługują się
dwoma sprawdzonymi środkami władzy: cenzurą i ograniczeniem swobody
przemieszczania się. Bo spotkanie z wolnym słowem jest jak spotkanie z
wolną myślą - czy to bezpośrednio, czy na piśmie, czy inną drogą. Takie
spotkanie poszerza horyzont, uświadamia. |
|
|
|
A świadomy obywatel był od zawsze największym wrogiem dyktatury. |
|
|
|
Po tym dość długim wstępie teoretycznym z kilkoma praktycznymi
przykładami co do roli i znaczenia spotkania człowieka z człowiekiem,
chcę powrócić do właściwego tematu dzisiejszej uroczystości. GFPS,
Stowarzyszenie wspierające wymianę studencką, już od ćwieć wieku
konsekwentnie realizuje swój cel. Tym celem jest wspieranie wymiany
młodych ludzi z Niemiec, Polski i Czech. GFPS nie zajmuje się więc w
gruncie rzeczy niczym innym jak umożliwianiem spotkania. Swoim
podopiecznym otwiera drzwi do wykształcenia i rozwoju na polu językowym,
kulturalnym, naukowym i zawodowym. Zrodzony z pasji i ambicji jest
GFPS prawdziwym nośnikiem wartości europejskich. |
|
|
|
GFPS przyczynił się na swój sposób do tego, że Europa przetrwała trudny
okres próby. Niezliczonej ilości stypendystów zapewnił duchowe i
materialne wsparcie i jest przez to także współodpowiedzialny za
dzisiejszą wspólną Europę. |
|
|
|
Mury zostały zburzone, granice otwarte. Żyjemy razem w Europie, w której
spotkania stały się oczywistością. Dorosła już nowa generacja
osiemnastolatków, którzy w wiek dorosłości weszli bez obciążenia ciemnym
rozdziałem europejskiej historii, czasem nawet go nie rozumiejąc. To
byłby zresztą temat na rozmowę o specyficznym rodzaju spotkań – o
zetknięciu się generacji, o spotkaniach takich jak dzisiejsze moje z
Wami – jest to jednak temat na inną okazję. |
|
|
|
Cel GFPS-u, także w tej dzisiejszej nowej, demokratycznej i wolnej
Europie, nie stracił na znaczeniu. Wręcz przeciwnie: dzisiejsza Europa
stawia przed nami szczególnie ważne zobowiązanie – aby z wolności,
której chroni i którą zapewnia, korzystać dla wspólnego dobra. |
|
|
Szanowne Panie i Panowie, Goście dzisiejszego Jubileuszu,
chciałbym zakończyć moje dzisiejsze wystąpienie słowami Johanna
Wolfganga Goethego. Słowami, które w moim przekonaniu stanowią dla tej
uroczystości właściwe motto: „Nie unikaj nikogo, kogo spotykasz. Może
to być ktoś, komu pomożesz, ale też ktoś, kto może pomóc Tobie“ |
|
|
|
Proszę jeszcze pozwolić, że z okazji dzisiejszego potrójnego Jubileuszu,
złożę Wam serdecznie gratulacje i wyrażę wdzięczność za Wasze
zaangażowanie w pokojowe wzrastanie Europy. Wszystkim nam – młodym i
starym – życzę, abyśmy wyzbyli się lęku przed spotkaniami z ludźmi,
opiniami, kulturami i narodami. Abyśmy wyzbyli się lęku przed
otwartością i akceptacją. To prawda, że szczere konfrontacje wymagają
czasami wysiłku, bo są przeważnie związane z dużą dozą osobistego
zaangażowania i nierzadko z gotowością do pójścia na kompromis. Ale w
ostatecznym rozrachunku każde spotkanie to wygrana. |
|
|
|
Dziękuję za uwagę! |